niedziela, 20 września 2009

DZIEŃ 77

PISAŁAM DZISIAJ NA CZACIE Z DWOMA FAJNYMI CHŁOPAKAMI, JEDEN Z NICH BYŁ Z CHICAGO. WESZŁAM SOBIE NA CZAT, BO DAWNO TAM NIE BYŁAM, A PRZECIEŻ DAWNIEJ BYŁAM STAŁĄ BYWALCZYNIĄ CZATÓW. ZWŁASZCZA W POKOJACH: ZŁAMANE SERCA, FLIRT, MIŁOŚĆ I RANDKI. POZA TYM ROZMAWIAŁAM Z ROBERTEM O KAROLU I O TYM, ŻE ON JUŻ KILKA RAZY WSPOMINAŁ O DZIECIACH, A JA PRZY MOIM SCHORZENIU NIE MOGĘ SOBIE POZWOLIĆ NA DZIECKO. ROBERT POWIEDZIAŁ, ŻE LEPIEJ BĘDZIE JEŚLI POROZMAWIAM Z NIM O TYM TERAZ, PÓKI JESZCZE NIC POWAŻNEGO NAS NIE ŁĄCZY I CHYBA TAK ZROBIĘ. JESTEM TYM WSZYSTKIM TROCHĘ ZESTRESOWANA, CHOCIAŻ STARAM SIĘ NIE ANGAŻOWAĆ W TO WSZYSTKO. UTRZYMUJĘ DYSTANS MIĘDZY NAMI, NIESTETY, ON KAŻDEGO DNIA SIĘ ZMNIEJSZA.