niedziela, 6 września 2009

DZIEŃ 63

BYŁAM DZIŚ Z MOJĄ MAMĄ, BABCIĄ BASIĄ I WIKTORIĄ NA CMENTARZU W BLACHOWNI ZAPALIĆ LAMPKĘ NA GROBIE MOJEGO ZNAJOMEGO - KRZYŚKA, KTÓRY ZGINĄŁ DWA LATA TEMU W WYPADKU SAMOCHODOWYM WRACAJĄC Z SANATORIUM. DOKŁADNIE DZIŚ UPŁYWA DWA LATA OD JEGO ŚMIERCI. DLA MNIE NAJSTRASZNIEJSZE W TYM WSZYSTKIM JEST TO, ŻE MAMA KRZYŚKA NAPRAWDĘ STOCZYŁA CIĘŻKĄ WALKĘ O ŻYCIE I ZDROWIE SYNA, A I TAK LOS JEJ GO ODEBRAŁ. KRZYSIEK UCZYŁ SIĘ W SZKOLE CYRKOWEJ I PEWNEGO DNIA SPADŁ Z TRAPEZU ŁAMIĄC KRĘGOSŁUP. BYŁO JASNE, ŻE KRZYSIEK NIE BĘDZIE JUŻ MÓGŁ UKOŃCZYĆ SZKOŁY CYRKOWEJ, ALE NIE TO BYŁO NAJGORSZE TYLKO TO, ŻE NIKT NIE WIEDZIAŁ, CZY KRZYSIEK PRZEŻYJE I CZY BĘDZIE CHODZIŁ. PANI HENIA - MAMA KRZYŚKA - NAPRAWDĘ ROBIŁA WSZYSTKO ŻEBY KRZYSIEK MIAŁ ODPOWIEDNIĄ OPIEKĘ MEDYCZNĄ I REHABILITACJĘ. PO BARDZO CIĘŻKIEJ I ŻMUDNEJ REHABILITACJI KRZYSIEK ZACZĄŁ CHODZIĆ O KULACH, PO PEWNYM CZASIE DZIĘKI SWOJEMU REHABILITANTOWI KRZYSIEK ZACZĄŁ CHODZIĆ SAMODZIELNIE. KRZYSIEK JAK NA OSOBĘ PO TAK CIĘŻKIM URAZIE BARDZO DOBRZE SOBIE RADZIŁ I POMYŚLEĆ, ŻE WYSTARCZYŁ JEDEN GŁUPI WYPADEK ŻEBY CAŁY TRUD POSZEDŁ NA MARNE. PAMIĘTAM, ŻE JESZCZE PRZED TYM TRAGICZNYM W SKUTKACH WYJAZDEM DO SANATORIUM BYŁ U MOJEJ MAMY ŻEBY PRZESZYŁA MU KURTKĘ. MAMA CHCIAŁA WTEDY ZAPROSIĆ GO DO DOMU ŻEBY WSZEDŁ I ZOBACZYŁ JAK MAMY DOBUDOWANE PIĘTRO, ALE KRZYSIEK NIE CHCIAŁ WEJŚĆ, BO MY MIELIŚMY ZERWANE SCHODY I ZAMIAST SCHODÓW BYŁA KŁADKA ZROBIONA NA WYSOKOŚCI DWÓCH METRÓW NAD ZIEMIĄ. KRZYSIEK NIE CHCIAŁ WEJŚĆ, BO MIAŁ PO TYM UPADKU Z TRAPEZU LĘK WYSOKOŚCI. POWIEDZIAŁ MOJEJ MAMIE WTEDY, ŻE WOLI POCZEKAĆ NA ŁAWCE, A PIĘTRO PRZYJEDZIE ZOBACZYĆ JAK WRÓCI Z SANATORIUM... NIE ZDĄŻYŁ PRZYJECHAĆ.